Zapraszamy na najnowszy film Jerzego Stuhra OBYWATEL

Widzów w Perth zapraszamy
na najnowszy film Jerzego Stuhra

OBYWATEL

Cinema Paradiso
164 James Street
- Northbridge
Niedziela - 19 lipca - godz.18:30

Film ma napisy angielskie. Bilety do nabycia telefonicznie w Puma Media: 03 - 9523 0387 oraz w kinie przed projekcją filmu.


Na ubiegłorocznym Festiwalu Filmowym w Gdyni, Jerzy Stuhr otrzymał nagrodę "Złotego Kangura" za film "OBYWATEL". Była to nagroda za reżyserię, scenariusz, wyśmienitą grę aktorską i ... odwagę. Częścią nagrody oprócz statuetki "Złotego Kangura" i dyplomu, było zaproszenie reżysera do Australii, udział w kilku pokazach kinowych i spotkania z widzami. Do przyjazdu do Australii został również zaproszony Maciej Stuhr. Jerzy i Maciej Stuhrowie przyjęli zaproszenie i na przełomie listopada i grudnia ubiegłego roku w Melbourne i Sydney odbyły sie pokazy filmu OBYWATEL w obecności Jerzego i Macieja Stuhrów a po każdej projekcji filmu spotkali się z widzami.




Scenariusz i reżyseria:
Jerzy Stuhr

Producent:
Piotr Dziecioł
i Jerzy Stuhr

Produkcja:
Opus Film

Dialogi w języku polskim
z napisami angielskimi

Obsada:
Jerzy Stuhr, Maciej Stuhr, Gosia Dobrowolska, Sonia Bohosiewicz, Magdalena Boczarska, Violetta Arlak,
Cezary Kosinski

 


Obywatel Bratek - początek drogi w świat

Specjalnie dla Pumy Media z Jerzym Stuhrem rozmawiała Maria Malatyńska

Rozmowa z Jerzym Stuhrem odbyła się przed wizytą Jerzego i Macieja Stuhrów w Australii.
Obaj aktorzy, Jerzy i Maciej Stuhrowie, na zaproszenie PUMY MEDIA, byli gośćmi australijskiej premiery
filmu OBYWATEL w Melbourne i projekcji filmu w Sydney w grudniu 2014.

MM: Chyba nigdy nie czekaliśmy na Pański film tak długo, jak tym razem. Scenariusz był gotowy w roku 2011, potem było mnóstwo trudności finansowych, które uniemożliwiały realizację, więc opublikował Pan scenariusz, w obawie, że filmu nie będzie, a dalszy ciąg przerwała Pańska ciężka choroba … A potem było już tylko lepiej! Ale warto było czekać! Bo widać, że ten film musiał powstać. W swoim brawurowym pomyśle zamierzył Pan opowiedzieć o 60 latach życia w naszym kraju, niemal o całych naszych powojennych dziejach i to jeszcze w tonacji komediowej. Czy nie bał się Pan aż tak wielkiego rozmachu historycznego w jednym filmie?

JS: To nie jest zbyt wielki rozmach! To życie jednego pokolenia. To prawda, że już dziś dojrzałego, przeszło 60-letniego, a więc pierwszego powojennego pokolenia. A, że spojrzeniu towarzyszy uśmiech? Często tak właśnie widać z oddalenia, gdy perspektywa jest skrzywiona, pamięć wybiórcza, a śmiech bywa trochę bolesny, a trochę ironiczny. Te wszystkie lata opowiedziane są w trzynastu różnych opowiastkach, opartych na doświadczeniach mojego pokolenia. Są więc nasze „zakręty historyczne”, jest Kościół i Solidarność, są sprawy, pojęcia i ludzie. Co najwyżej mogłem się zastanawiać, czy nie za bardzo się obnażam w tym swoistym „rachunku sumienia”. Bo przecież reżyserzy na ogół unikają wyraźnego opowiedzenia się po jakiejś stronie. A ja nie unikam. Ja się odkrywam jako obywatel, człowiek, inteligent, mieszkaniec tego kraju. Ja się obnażam, a więc ryzykuję, że zostanę określony. Tym bardziej, że bardzo chcę, żebyśmy nie zawsze chcieli tylko cierpieć, ale żeby nasze sprawy potrafiły nas także rozśmieszyć.

MM: Czy Obywatel Jan Bratek to Pan?


JS: I tak i nie. Jest moim rówieśnikiem, przeżył podobne wydarzenia, jak ja i wiele osób z mojego pokolenia, ma moje spojrzenie na dużą i mniejszą historię, otarł się o różne wielkości i śmieszności, w których przyszło nam żyć. I na filmie ma moją twarz – a w młodszym wydaniu, twarz mojego syna. Ale, czy jest mną? Wiele z tych pojedynczych zdarzeń i niuansów nie przeżyłem. A więc – to nie ja. Ale opowiadając, starałem się zachować jednostkowy, osobisty stosunek do zdarzeń. Nie mówię więc, że to gdzieś, w jakiejś wsi czy w mieście, jacyś ludzie coś złego zrobili, ale, że to ja popełniłem błąd. Ja, obywatel, pojedynczy człowiek. A więc – jest mną. Jestem bowiem pewny, że wtedy, gdy oglądamy błędy, kompleksy, wady i słabości, to terapia zbiorowa nie może być ważniejsza od terapii jednostkowej. Musi to być jednostkowe spojrzenie. Chodzi przecież o to, by się odważyć swoje błędy pokazać przed innymi. Pokazać, że zawsze chciało się dobrze, ale nic z tego nie wychodziło. Albo pozwolić sobie na to, by z przykrością stwierdzić, że jest się przeciętnym, a może nawet trochę niewydarzonym człowiekiem i los ciągle z nas kpi, nawet wtedy, gdy kusi nas zaszczytami i ocenia nie zawsze sprawiedliwie. To jest odwaga.

MM: Film dostał w Gdyni Nagrodę Specjalną właśnie, jak sformułowano „za odwagę w podejmowaniu trudnych tematów”…

JS: I pewnie to powinien być najwłaściwszy klucz do tego filmu. A to trudne, by być odważnym w prezentowaniu słabości. Żeby po wyjściu z kina każdy pomyślał: to ja byłem w takiej sytuacji… też zachowałem się mało bohatersko, albo wręcz histerycznie, bo jakiś ketchup na siebie wylałem, żeby zakłamać rzeczywistość i przypisać sobie zasługi, albo przyjąłem odznaczenie, które mi się nie należało. Tak właśnie chciałbym, aby zaczęło się rozmawiać o tym filmie. Tak, jak rozmawiano w czasie dyskusji po seansie w Gdyni . Po raz pierwszy w życiu mi się zdarzyło, że ja właściwie nie brałem udziału w dyskusji po moim filmie. Jedna strona publiczności dyskutowała z drugą stroną publiczności. A ja się przysłuchiwałem – i bardzo mi się to podobało. Widziałem, że film wzbudził emocje i ludzie chcieli powiedzieć to, co powiedzieli. Ale wiem, że na chłodno, tydzień lub miesiąc po projekcji – już by tak nie powiedzieli. Więc trudno mi powiedzieć, jakimi drogami będzie ten film szedł do ludzi. Ale bardzo bym chciał, żeby był pretekstem do rozmowy o tym, co przeszliśmy, jak przeszliśmy, w jakiej kondycji dotrwaliśmy do wolności.

MM:
Dał Pan ludziom rzeczywiście wiele tematów do rozmowy i do refleksji, ale, czy nie jest to rozmowa tylko dla dojrzałych pokoleń?

JS: Mam nadzieję, że nie. Wiem, że moje poczucie humoru rozmija się z poczuciem humoru moich dzieci, ale są przecież komedie, które śmieszą zarówno mnie, jak i ich, jak choćby filmy Barei. A te moje opowieści o Janie Bratku są właściwie przypowieścią o życiu, do którego wciąż się chce dorastać, ale wciąż się to nie udaje. To dlatego bywa i śmiesznie, i gorzko, trochę boleśnie, ale i trochę absurdalnie. A to na pewno zrozumie każde pokolenie.

MM: Pański „żywot człowieka poczciwego” został od początku włączony w tradycję filmowych komedii Andrzeja Munka, jego „Zezowatego szczęścia” i jego niepowtarzalnego bohatera, czyli Piszczyka…

JS: Rzeczywiście, takie uwagi słyszałem już od pierwszych, jeszcze nieoficjalnych projekcji. A ten rodzaj komedii zawsze był mi bliski, a sam Munk był dla mnie zawsze niedościgłym wzorem. Podobnie więc jak Andrzej Kotkowski ze swoim „Obywatelem Piszczykiem” też chciałbym moim filmem złożyć hołd Munkowi i jego poczuciu humoru w „Zezowatym szczęściu”.

MM: A czy nie boi się Pan, że penetrując naszą własną historię ograniczył Pan odbiór filmu do tych widzów, którzy tę historię znają?

JS: To jeszcze trudno powiedzieć, bo teraz, gdy rozmawiamy, film jest przed premierą. A publiczność na pewno będzie różna. Ciągle mam np. mętny obraz reakcji, jeśli idzie o ogląd zagraniczny. Kilka festiwali ze mnie zrezygnowało. Dyrektor festiwalu w Wenecji, który chciał zaprosić „Obywatela” do konkursu przysłał mi piękny list, chwalący warsztat, ale wyznający również, że „nie mógł nadążyć za meandrami polskiej historii powojennej”. Niektóre zainteresowane festiwale też miały podobną argumentację, że „kontekst historyczny jest słabo rozumiany”. Cieszę się więc, że do konkursu zaprosił nas festiwal w Tallinie, bo tam, z konieczności, inaczej „nadążają za historią” i inne mają własne doświadczenia. A więc i prezentacja filmu, reakcja w odbiorze, rozmowa z ludźmi, konferencja prasowa – wszystko to może stać się podstawą także do rozmowy o historii … Ale zagraniczni krytycy też reagują różnie. Jeszcze w Gdyni dowiedziałem się, że moja nagroda została przegłosowana właśnie przez zagranicznych jurorów. Rozmawiałem z panią z „Variety”, której się ten film bardzo podobał. Powiedziała: pan zrobił piękny film. Formalnie piękny. Zaplótł pan tę opowieść tak wspaniale, że powinien pan dostać nagrodę za scenariusz.

MM: Bo też forma jest osobną wartością tego obrazu. Najciekawsze jest to, że Pan żongluje czasem wspomnień według meandrów pamięci. A więc – według porządku nie do końca określonego i bardzo indywidualnego. Dzięki temu nie ma tu chronologii zdarzeń, a na dodatek – czas akcji skacze u Pana w odwrotnym kierunku.

JS: Taki był pomysł, bo to daje swobodę w powrotach pamięci i w komponowaniu zdarzeń. Ale każdy powrót pamięci ma swoją datę, lub charakterystyczne zdarzenie publiczne w tle, więc pamięć osobista jest osadzona w historycznym konkrecie.

MM: Teraz jedzie Pan ze swoim „Obywatelem” na Antypody. Jeszcze w Gdyni otrzymał Pan od australijskich dystrybutorów nagrodę, o pięknej nazwie Złoty Kangur i w wyniku tego został Pan razem z Maćkiem zaproszony na pokazy filmu w Melbourne i Sydney. Czy to nie za daleko na prezentację takiego bardzo polskiego filmu?

JS: Przecież będę tam wśród Polaków! W Australii jest duża i bardzo przyjazna Polonia, z różnych okresów emigracji, także tych nieco młodszych ode mnie, emigrantów stanu wojennego. Dobrze się z nimi czuję. Na festiwalu w Melbourne i na pokazach filmowych w Sydney byłem ostatni raz dwa lata temu. To tam obchodziłem, wraz z bardzo licznymi widzami, trzydziestolecie premiery „Seksmisji”. I przy tej okazji przeżyłem pewne zaskoczenie. Mimo ogromnej popularności tego filmu w Polsce, nigdy nie widziałem w kinie, żeby tak, jak w Sydney, publiczność śmiała się jeszcze przed powiedzeniem dowcipu z ekranu. Bo to znaczy, że oni też znają te dowcipy na pamięć. Nie tylko więc świetnie mówią po polsku, ale i wiele pamiętają. Cały ten pobyt festiwalowy wspominam bardzo dobrze. Odbyłem tam ogromną ilość spotkań nie tylko na sali kinowej, ale i tych, które z sali przenosiły się do foyer, potem na taras, lub do kawiarni obok. I wszędzie były rozmowy, serdeczności, wspomnienia, wspólne zdjęcia. Pamiętam, jak wzruszyła mnie taka 40-osobowa wycieczka, która przyjechała autobusem specjalnie na spotkanie ze mną z … Adelajdy. A to przecież 1000 km!

MM: Ale przecież w Australii są nie tylko Polacy, także, albo raczej … przede wszystkim są Australijczycy. Czy z nimi Pan też się spotykał?

JS: Oczywiście, choć na samym festiwalu, to było pewnie 10% widowni, która odbierała nasze spotkania po angielsku, ale była także zainteresowana. A byli na projekcjach krytycy, ludzie filmu z uniwersytetów i też bardzo dobrze się z nimi czułem. A dlaczego? Bo oni znają i doceniają polski film. Zawdzięczamy to szkole filmowej stworzonej tu przed laty przez naszego profesora Toeplitza. Nasz profesor stworzył, jak tu się mówi, kino australijskie. Wychował i wykształcił reżyserów, scenarzystów, a oni „w zamian” pokochali polskie kino. I ci obecni widzowie są wychowani w atmosferze tamtej szkoły. Pamiętam, jak spotykałem się z wielkim miłośnikiem polskiego kina, niegdyś dyrektorem festiwalu filmowego z Sydney, znakomitym krytykiem, Davidem Strattonem. Pamiętam, jak była na spotkaniu ze mną pani Zofia Klimkiewicz, reżyserka filmowa, niegdyś studentka profesora Toeplitza. Bardzo, bardzo wiele mam wspomnień australijskich. I tych ze spotkań filmowych, i tych wcześniejszych, gdy wędrowałem po Australii z moim „Kontrabasistą”. Pamiętam rozmaite odmienności kulturowe i społeczne Australijczyków, pamiętam ich piękne obiady charytatywne, w których też brałem udział. I bardzo się cieszę, że znowu tam będę i będę mógł pokazać wszystkim ten mój nowy, tak bardzo osobisty i ważny dla mnie film. A poza tym, w Australii, w Sydney mieszka nasza przyjaciółka, świetna aktorka, Polka z pochodzenia i z wykształcenia, która w krakowskiej szkole studiowała, potem długo pracowała we Wrocławiu – Gosia Dobrowolski. W Australii Gosia stała się gwiazdą nie tylko filmów Paula Coxa. Co jakiś czas grywa też w filmach polskich, a u mnie bywa moją filmową żoną, np. w „Tygodniu z życia mężczyzny”. W „Obywatelu” jest moją mamą, w czasie, w którym ja jestem nastolatkiem. A przy tym ostatnim filmie, nasze spotkanie było szczególne, bo Gosia należała do tych osób, które w czasie mojej choroby mocno mnie wspierały i mobilizowały do walki. Specjalnie jej więc za tę mobilizację dziękując, zaprosiłem ją do mojego filmu. „Moja Australia” jest dla mnie zawsze serdeczna i przyjazna. I cieszę się, że znów tam będę.

Rozmawiała: Maria Malatyńska