SUKCES filmu OBYWATEL w Australii

Scenariusz i reżyseria:
Jerzy Stuhr

Producent:
Piotr Dziecioł
i Jerzy Stuhr

Produkcja:
Opus Film

Dialogi w języku polskim
z napisami angielskimi

Obsada:
Jerzy Stuhr,
Maciej Stuhr,
Gosia Dobrowolska,
Sonia Bohosiewicz,
Magdalena Boczarska,
Violetta Arlak,

Cezary Kosinski
i inni.







Na tegorocznym Festiwalu Filmowym w Gdyni, Jerzy Stuhr otrzymał nagrodę "Złotego Kangura" za film "OBYWATEL". Była to nagroda za reżyserię, scenariusz, wyśmienitą grę aktorską i ... odwagę. Częścią nagrody oprócz statuetki "Złotego Kangura" i dyplomu, było zaproszenie laureata do Australii, udział w kilku pokazach kinowych i spotkania z widzami. Jerzy i Maciej Stuhrowie przyjęli nasze zaproszenie i w ich obecności w Melbourne i Sydney odbyły się projekcje filmu OBYWATEL.

Kolejny więc raz, widzowie w Australii mieli okazję oglądania polskiego filmu w tym samym czasie co widzowie w Polsce. Z przyjemnością informuję, że również ostatni tegoroczny pokaz filmu OBYWATEL w Australii w obecności Jerzego i Macieja Stuhrów został wspaniale przyjęty przez widzów. Także na seans 5 grudnia w Hoyts Cinema Paris w Sydney, wszystkie miejsca były wyprzedane na kilkanaście dni przed seansem. Po pokazie filmu, w wypełnionym do ostatniego miejsca kinie, odbyło się niezwykle ciekawe i emocjonalne spotkanie widzów z gośćmi z Polski. Warto wspomnieć, że wśród widzów była również Gosia Dobrowolska, mieszkająca na stałe w Sydney, bardzo znana zarówno w Polsce jak i w Australii aktorka, która w filmie OBYWATEL grała rolę matki głównego bohatera filmu Jana Bratka.

Jerzy Stuhr - reżyser, autor scenariusza, odtwórca głównej roli i współproducent filmu OBYWATEL oraz Maciej Stuhr, grający w tym filmie rolę Jana Bratka w młodzieńczym wieku, przez niespełna godzinę odpowiadali na pytania widzów. Wbrew wcześniejszym zarzutom prawicowych mediów w Polsce i małej (kilkuosobowej) grupki polonijnych przeciwników Jerzego i Macieja Stuhrów, którzy - mimo, że filmu nie widzieli - rozpowszechniali kłamliwe opinie o filmie OBYWATEL - odbiór filmu w Australii i spotkania po filmie dowodzą, że inteligentna społeczność polonijna jest bardzo liczna i już tak łatwo nie "kupuje" kłamstw polskich i polonijnych prawicowych brukowców. Reakcja na film OBYWATEL dowiodła, że Polonia australijska ma własne zdanie i nie ulega presji środowisk, które usilnie chcą narzucić Polakom na emigracji krajowe podziały a w tym konkretnym przypadku również decydować o tym (cenzurować), jakie polskie filmy mamy prawo oglądać w Australii. Inteligencji Czytelników pozostawiam odpowiedź na pytanie komu i dlaczego (również w Australii) tak bardzo zależało na bojkocie tego filmu i jego twórców. W Australii, korzystając z kilku posłusznych osób, pewnej skrajnie prawicowej witryny internetowej oraz równie prawicowej gazetki polonijnej, które nie mają najlepszej opinii wśród tutejszej Polonii, NIECHCĄCY pomogli w reklamie filmu. Za tę niezamierzoną przez nich pomoc DZIĘKUJĘ. Wasza pełna nienawiści nagonka odniosła skutek odwrotny od zamierzonego.

Wspomniałem wcześniej, że spotkanie w Sydney miało również charakter emocjonalny. W czasie spotkania z gośćmi z Polski, grupka widzów zaintonowała tradycyjne STO LAT... a po chwili, w owacji na stojąco, dołączyli do nich pozostali widzowie ... Wzruszony Jerzy Stuhr powiedział mi później, że po raz pierwszy w jego życiu widzowie w kinie odśpiewali mu STO LAT.

Miłośników polskich filmów w Australii zapewniam, że w myśl powiedzenia "... karawana idzie dalej" tak długo, jak długo pozwoli mi na to moje zdrowie i finanse, będę kontynuował prezentację POLSKIEGO KINA w Australii. Nie dam "wciągnąć się" w jakiekolwiek polsko-polskie konflikty ani w Polsce ani w Australii. Nie ulegam i nie ulegnę żadnej propagandzie. Tym, którzy usiłują mnie prowokować odpowiadam: Bawcie się sami, ja do waszej piaskownicy nie wejdę...

Na przełomie maja i czerwca odbędzie się kolejny, trzeci już Polish Film Festival, który być może poszerzony będzie o kolejne miasto - Perth. Pokazane będą nie tylko najnowsze fabularne polskie produkcje filmowe ale również kilka bardzo ciekawych filmów dokumentalnych i krótkometrażowych. Aktualnie prowadzimy selekcję filmów a więcej szczegółów podam za kilka miesięcy.

Tadeusz Matkowski








Obywatel Bratek - początek drogi w świat
Specjalnie dla Pumy Media i sydneyskiego Expressu Wieczornego z Jerzym Stuhrem rozmawiała Maria Malatyńska

MM: Chyba nigdy nie czekaliśmy na Pański film tak długo, jak tym razem. Scenariusz był gotowy w roku 2011, potem było mnóstwo trudności finansowych, które uniemożliwiały realizację, więc opublikował Pan scenariusz, w obawie, że filmu nie będzie, a dalszy ciąg przerwała Pańska ciężka choroba … A potem było już tylko lepiej! Ale warto było czekać! Bo widać, że ten film musiał powstać. W swoim brawurowym pomyśle zamierzył Pan opowiedzieć o 60 latach życia w naszym kraju, niemal o całych naszych powojennych dziejach i to jeszcze w tonacji komediowej. Czy nie bał się Pan aż tak wielkiego rozmachu historycznego w jednym filmie?

JS: To nie jest zbyt wielki rozmach! To życie jednego pokolenia. To prawda, że już dziś dojrzałego, przeszło 60-letniego, a więc pierwszego powojennego pokolenia. A, że spojrzeniu towarzyszy uśmiech? Często tak właśnie widać z oddalenia, gdy perspektywa jest skrzywiona, pamięć wybiórcza, a śmiech bywa trochę bolesny, a trochę ironiczny. Te wszystkie lata opowiedziane są w trzynastu różnych opowiastkach, opartych na doświadczeniach mojego pokolenia. Są więc nasze „zakręty historyczne”, jest Kościół i Solidarność, są sprawy, pojęcia i ludzie. Co najwyżej mogłem się zastanawiać, czy nie za bardzo się obnażam w tym swoistym „rachunku sumienia”. Bo przecież reżyserzy na ogół unikają wyraźnego opowiedzenia się po jakiejś stronie. A ja nie unikam. Ja się odkrywam jako obywatel, człowiek, inteligent, mieszkaniec tego kraju. Ja się obnażam, a więc ryzykuję, że zostanę określony. Tym bardziej, że bardzo chcę, żebyśmy nie zawsze chcieli tylko cierpieć, ale żeby nasze sprawy potrafiły nas także rozśmieszyć.

MM: Czy Obywatel Jan Bratek to Pan?


JS: I tak i nie. Jest moim rówieśnikiem, przeżył podobne wydarzenia, jak ja i wiele osób z mojego pokolenia, ma moje spojrzenie na dużą i mniejszą historię, otarł się o różne wielkości i śmieszności, w których przyszło nam żyć. I na filmie ma moją twarz – a w młodszym wydaniu, twarz mojego syna. Ale, czy jest mną? Wiele z tych pojedynczych zdarzeń i niuansów nie przeżyłem. A więc – to nie ja. Ale opowiadając, starałem się zachować jednostkowy, osobisty stosunek do zdarzeń. Nie mówię więc, że to gdzieś, w jakiejś wsi czy w mieście, jacyś ludzie coś złego zrobili, ale, że to ja popełniłem błąd. Ja, obywatel, pojedynczy człowiek. A więc – jest mną. Jestem bowiem pewny, że wtedy, gdy oglądamy błędy, kompleksy, wady i słabości, to terapia zbiorowa nie może być ważniejsza od terapii jednostkowej. Musi to być jednostkowe spojrzenie. Chodzi przecież o to, by się odważyć swoje błędy pokazać przed innymi. Pokazać, że zawsze chciało się dobrze, ale nic z tego nie wychodziło. Albo pozwolić sobie na to, by z przykrością stwierdzić, że jest się przeciętnym, a może nawet trochę niewydarzonym człowiekiem i los ciągle z nas kpi, nawet wtedy, gdy kusi nas zaszczytami i ocenia nie zawsze sprawiedliwie. To jest odwaga.

MM: Film dostał w Gdyni Nagrodę Specjalną właśnie, jak sformułowano „za odwagę w podejmowaniu trudnych tematów”…

JS: I pewnie to powinien być najwłaściwszy klucz do tego filmu. A to trudne, by być odważnym w prezentowaniu słabości. Żeby po wyjściu z kina każdy pomyślał: to ja byłem w takiej sytuacji… też zachowałem się mało bohatersko, albo wręcz histerycznie, bo jakiś ketchup na siebie wylałem, żeby zakłamać rzeczywistość i przypisać sobie zasługi, albo przyjąłem odznaczenie, które mi się nie należało. Tak właśnie chciałbym, aby zaczęło się rozmawiać o tym filmie. Tak, jak rozmawiano w czasie dyskusji po seansie w Gdyni . Po raz pierwszy w życiu mi się zdarzyło, że ja właściwie nie brałem udziału w dyskusji po moim filmie. Jedna strona publiczności dyskutowała z drugą stroną publiczności. A ja się przysłuchiwałem – i bardzo mi się to podobało. Widziałem, że film wzbudził emocje i ludzie chcieli powiedzieć to, co powiedzieli. Ale wiem, że na chłodno, tydzień lub miesiąc po projekcji – już by tak nie powiedzieli. Więc trudno mi powiedzieć, jakimi drogami będzie ten film szedł do ludzi. Ale bardzo bym chciał, żeby był pretekstem do rozmowy o tym, co przeszliśmy, jak przeszliśmy, w jakiej kondycji dotrwaliśmy do wolności.

MM:
Dał Pan ludziom rzeczywiście wiele tematów do rozmowy i do refleksji, ale, czy nie jest to rozmowa tylko dla dojrzałych pokoleń?

JS: Mam nadzieję, że nie. Wiem, że moje poczucie humoru rozmija się z poczuciem humoru moich dzieci, ale są przecież komedie, które śmieszą zarówno mnie, jak i ich, jak choćby filmy Barei. A te moje opowieści o Janie Bratku są właściwie przypowieścią o życiu, do którego wciąż się chce dorastać, ale wciąż się to nie udaje. To dlatego bywa i śmiesznie, i gorzko, trochę boleśnie, ale i trochę absurdalnie. A to na pewno zrozumie każde pokolenie.

MM: Pański „żywot człowieka poczciwego” został od początku włączony w tradycję filmowych komedii Andrzeja Munka, jego „Zezowatego szczęścia” i jego niepowtarzalnego bohatera, czyli Piszczyka…

JS: Rzeczywiście, takie uwagi słyszałem już od pierwszych, jeszcze nieoficjalnych projekcji. A ten rodzaj komedii zawsze był mi bliski, a sam Munk był dla mnie zawsze niedościgłym wzorem. Podobnie więc jak Andrzej Kotkowski ze swoim „Obywatelem Piszczykiem” też chciałbym moim filmem złożyć hołd Munkowi i jego poczuciu humoru w „Zezowatym szczęściu”.

MM: A czy nie boi się Pan, że penetrując naszą własną historię ograniczył Pan odbiór filmu do tych widzów, którzy tę historię znają?

JS: To jeszcze trudno powiedzieć, bo teraz, gdy rozmawiamy, film jest przed premierą. A publiczność na pewno będzie różna. Ciągle mam np. mętny obraz reakcji, jeśli idzie o ogląd zagraniczny. Kilka festiwali ze mnie zrezygnowało. Dyrektor festiwalu w Wenecji, który chciał zaprosić „Obywatela” do konkursu przysłał mi piękny list, chwalący warsztat, ale wyznający również, że „nie mógł nadążyć za meandrami polskiej historii powojennej”. Niektóre zainteresowane festiwale też miały podobną argumentację, że „kontekst historyczny jest słabo rozumiany”. Cieszę się więc, że do konkursu zaprosił nas festiwal w Tallinie, bo tam, z konieczności, inaczej „nadążają za historią” i inne mają własne doświadczenia. A więc i prezentacja filmu, reakcja w odbiorze, rozmowa z ludźmi, konferencja prasowa – wszystko to może stać się podstawą także do rozmowy o historii … Ale zagraniczni krytycy też reagują różnie. Jeszcze w Gdyni dowiedziałem się, że moja nagroda została przegłosowana właśnie przez zagranicznych jurorów. Rozmawiałem z panią z „Variety”, której się ten film bardzo podobał. Powiedziała: pan zrobił piękny film. Formalnie piękny. Zaplótł pan tę opowieść tak wspaniale, że powinien pan dostać nagrodę za scenariusz.

MM: Bo też forma jest osobną wartością tego obrazu. Najciekawsze jest to, że Pan żongluje czasem wspomnień według meandrów pamięci. A więc – według porządku nie do końca określonego i bardzo indywidualnego. Dzięki temu nie ma tu chronologii zdarzeń, a na dodatek – czas akcji skacze u Pana w odwrotnym kierunku.

JS: Taki był pomysł, bo to daje swobodę w powrotach pamięci i w komponowaniu zdarzeń. Ale każdy powrót pamięci ma swoją datę, lub charakterystyczne zdarzenie publiczne w tle, więc pamięć osobista jest osadzona w historycznym konkrecie.

MM: Teraz jedzie Pan ze swoim „Obywatelem” na Antypody. Jeszcze w Gdyni otrzymał Pan od australijskich dystrybutorów nagrodę, o pięknej nazwie Złoty Kangur i w wyniku tego został Pan razem z Maćkiem zaproszony na pokazy filmu w Melbourne i Sydney. Czy to nie za daleko na prezentację takiego bardzo polskiego filmu?

JS: Przecież będę tam wśród Polaków! W Australii jest duża i bardzo przyjazna Polonia, z różnych okresów emigracji, także tych nieco młodszych ode mnie, emigrantów stanu wojennego. Dobrze się z nimi czuję. Na festiwalu w Melbourne i na pokazach filmowych w Sydney byłem ostatni raz dwa lata temu. To tam obchodziłem, wraz z bardzo licznymi widzami, trzydziestolecie premiery „Seksmisji”. I przy tej okazji przeżyłem pewne zaskoczenie. Mimo ogromnej popularności tego filmu w Polsce, nigdy nie widziałem w kinie, żeby tak, jak w Sydney, publiczność śmiała się jeszcze przed powiedzeniem dowcipu z ekranu. Bo to znaczy, że oni też znają te dowcipy na pamięć. Nie tylko więc świetnie mówią po polsku, ale i wiele pamiętają. Cały ten pobyt festiwalowy wspominam bardzo dobrze. Odbyłem tam ogromną ilość spotkań nie tylko na sali kinowej, ale i tych, które z sali przenosiły się do foyer, potem na taras, lub do kawiarni obok. I wszędzie były rozmowy, serdeczności, wspomnienia, wspólne zdjęcia. Pamiętam, jak wzruszyła mnie taka 40-osobowa wycieczka, która przyjechała autobusem specjalnie na spotkanie ze mną z … Adelajdy. A to przecież 1000 km!

MM: Ale przecież w Australii są nie tylko Polacy, także, albo raczej … przede wszystkim są Australijczycy. Czy z nimi Pan też się spotykał?

JS: Oczywiście, choć na samym festiwalu, to było pewnie 10% widowni, która odbierała nasze spotkania po angielsku, ale była także zainteresowana. A byli na projekcjach krytycy, ludzie filmu z uniwersytetów i też bardzo dobrze się z nimi czułem. A dlaczego? Bo oni znają i doceniają polski film. Zawdzięczamy to szkole filmowej stworzonej tu przed laty przez naszego profesora Toeplitza. Nasz profesor stworzył, jak tu się mówi, kino australijskie. Wychował i wykształcił reżyserów, scenarzystów, a oni „w zamian” pokochali polskie kino. I ci obecni widzowie są wychowani w atmosferze tamtej szkoły. Pamiętam, jak spotykałem się z wielkim miłośnikiem polskiego kina, niegdyś dyrektorem festiwalu filmowego z Sydney, znakomitym krytykiem, Davidem Strattonem. Pamiętam, jak była na spotkaniu ze mną pani Zofia Klimkiewicz, reżyserka filmowa, niegdyś studentka profesora Toeplitza. Bardzo, bardzo wiele mam wspomnień australijskich. I tych ze spotkań filmowych, i tych wcześniejszych, gdy wędrowałem po Australii z moim „Kontrabasistą”. Pamiętam rozmaite odmienności kulturowe i społeczne Australijczyków, pamiętam ich piękne obiady charytatywne, w których też brałem udział. I bardzo się cieszę, że znowu tam będę i będę mógł pokazać wszystkim ten mój nowy, tak bardzo osobisty i ważny dla mnie film. A poza tym, w Australii, w Sydney mieszka nasza przyjaciółka, świetna aktorka, Polka z pochodzenia i z wykształcenia, która w krakowskiej szkole studiowała, potem długo pracowała we Wrocławiu – Gosia Dobrowolski. W Australii Gosia stała się gwiazdą nie tylko filmów Paula Coxa. Co jakiś czas grywa też w filmach polskich, a u mnie bywa moją filmową żoną, np. w „Tygodniu z życia mężczyzny”. W „Obywatelu” jest moją mamą, w czasie, w którym ja jestem nastolatkiem. A przy tym ostatnim filmie, nasze spotkanie było szczególne, bo Gosia należała do tych osób, które w czasie mojej choroby mocno mnie wspierały i mobilizowały do walki. Specjalnie jej więc za tę mobilizację dziękując, zaprosiłem ją do mojego filmu. „Moja Australia” jest dla mnie zawsze serdeczna i przyjazna. I cieszę się, że znów tam będę.

Rozmawiała: Maria Malatyńska